24 lutego 2017

Rozdział 5


I wrote letters to you
I wanna send them to you
But I am a fool!
But I am a coward!
And I had never...
Never...
Done this....

     Usiadła przy blacie w sklepie, przeglądając papiery z nazwami towarów, które zostały przed chwilą przywiezione i wyniesione na zaplecze. Będzie je musiała jeszcze dzisiaj przed wyjściem rozłożyć na półkach i posprawdzać, czy ilość płyt w pudłach zgadzała się z tą, która była w dokumentach. Ziewnęła i przymknęła na chwilę oczy. Dzisiaj musiała wcześniej odstawić dzieci do szkoły, bo miały próbę do przedstawienia na Dzień Ojca. Teraz co chwilę czuła, jak jej oczy same się zamykały. A to dopiero początek. Miała nadzieję, że ta kawa, którą kilka chwil temu piła, na coś się przyda.
- Elise? Wychodzę na moment, bo dzwonił Camre... Chciał, abym porozmawiał z niektórymi menadżerami - mruknął niepewnie mężczyzna, wychodząc ze swojego małego biura. Posłała mu nieprzytomny uśmiech i pokiwała głową. Złapał swoją kurtkę i wyszedł, a ona została sama. Oparła czoło o blat i jęknęła. Nie miała na nic siły.
- Dzień dobry! - usłyszała nagle, przez co podniosła głowę. Spojrzała się na wchodzącą, zadowoloną z życia Jess, która rozglądała się po sklepie zaciekawiona. Dopiero po chwili skierowała swoje spojrzenie w kierunku rudej przyjaciółki. Zmarszczyła brwi i zarzuciła swoimi blond włosami. - Coś się stało, tylko ciekawa jestem... co?
- Nic, Jessico - odpowiedziała i ziewnęła. Dużo się działo od jej wizyty w budynku Thomasa Camre. Jej myśli ciągle błądziły wokół Gabriela Grahama i chociaż bardzo chciała, nie mogła go wyrzucić ze swoich myśli. - Mam po prostu dużo rzeczy dzisiaj do zrobienia i jeszcze muszę coś wymyślić na Dzień Ojca. Doskonale wiesz, że Ryan i Thomas strasznie przeżywają to, że będą tam tylko ze mną. Może powinnam kogoś sobie znaleźć? Potrzebują ojca.
- Potrzebują, z tym się z tobą zgodzę - prychnęła, jakby mając jej za złe to, co przed chwilą powiedziała. - A może przedstawisz im ich biologicznego ojca?
- Ich ojciec ostatnio powiedział mi bardzo wyraźnie, że nie chce mnie znać.. i nawet... - tu się zatrzymała. Tak bardzo chciała powiedzieć swojej przyjaciółce o tamtej sytuacji, ale nie potrafiła się przełamać. Za każdym razem, kiedy zaczynał się ten temat, ona to stopowała.
- Wyrzuć to w końcu z siebie, Elise - mruknęła Jess, patrząc się na nią smutno. Jednak po chwili czekania, zauważyła, że i tym razem jej najlepsza przyjaciółka nie powie tego, co leżało jej od długiego czasu na sercu. - W ogóle, byłam dzisiaj na spacerze i zauważyłam jedną bardzo fajną rzecz. Gdy tylko zobaczyłam ten skrót, od razu pomyślałam o tobie!
- Co takiego? - zapytała się, lekko uśmiechając Elise. Doskonale znała wszystkie dziwne rzeczy, na które mogła zwrócić uwagę jej przyjaciółka. Już nie raz próbowała zaskoczyć czymś rudą, ale nie zawsze jej się to udawało.
- Gabriel Graham będzie miał koncert w szkole twoich synów! - Elizabeth zakrztusiła się w tym momencie śliną i powodem były jedynie słowa Jess. Nie przewidziała takiego rozwoju wypadków, a na pewno nie spodziewała się takiego uśmiechu, którego nie powstydziłby się kot, który właśnie dostał się nielegalnie do krainy mleka. - Wiedziałam.
- Co wiedziałaś? - Elise otarła łzy, które spływały po jej policzkach.
- On jest ich ojcem, prawda? Mówiłam ci, że są podobni, ale ty tylko się wtedy śmiałaś, nie zaprzeczyłaś, co mnie trochę zmusiło do rozmyślań. Chłopcy mają niezwykły talent muzyczny, który najpewniej odziedziczyli po nim. I jeszcze jego nowy singiel o pod tytułem "Letters to El." Wszystko się zgadza, a ty teraz jesteś na mnie wściekła, bo odkryłam twoją małą tajemnicę - powiedziała zadowolona z siebie, a Elise zacisnęła tylko usta w wąską linię. Pokiwała sztywno głową, przez co Jessica przyklasnęła sobie z zadowolenia. Jednak po chwili znów zwróciła swoją uwagę na rudą kobietę. - Co on ci zrobił, że nie chcesz go znać? Jednorazowy numerek? Nie znałam cię od tej strony!
- Nie... Byliśmy przyjaciółmi. Wspierałam go przy pierwszych przesłuchaniach, ale gdy już go zobaczyły poważne firmy... Przespaliśmy się ze sobą. Raz. Następnego dnia, kiedy chciałam się z nim przywitać... Zapytał się mnie, czy my się znamy. Pół jego szkoły muzycznej na to patrzyło i wszyscy zaczęli się śmiać, uważając mnie za psychopatyczną fankę - mruknęła, podpierając brodę na dłoni. Widziała tę scenę przed oczami. Pamiętała doskonale to całe upokorzenie. Nigdy mu tego nie wybaczyła, a on nawet nie próbował jej przeprosić. Nigdy jej nie szukał. Nigdy nie próbował się z nią skontaktować. Nigdy. - Smutne. Gdy patrzę na Ryana i Thomasa widzę mojego Gabriela... Trochę zagubionego, nieśmiałego, ale zwracającego uwagę. Zawsze się trzymaliśmy razem.
- Naprawdę zrobił ci coś takiego? A to świnia... - powiedziała, patrząc się z lekkim niedowierzaniem na ruda. Jednak w tych zielonych oczach zauważyła łzy bólu i tęsknoty, których w żaden sposób nie można było naśladować. Błyszczały prawdą, a dawne uczucia, które pewnie towarzyszyły tej dziewczynie jak była młodsza, zamieniły się w cierpienie. - Elizabeth... Zostaw go, nie jest ciebie wart.
- Spotkałam go ostatnio. Jechaliśmy razem windą, ale mnie nie rozpoznał... Ja też nie wyrywałam do tego, aby się z nim przywitać - uśmiechnęła się smutno. Nie patrzyła na Jessicę, tylko w dal i tylko ona wiedziała, co widzi. Blondynka westchnęła i ścisnęła dłoń rudej.
- Przykro mi to stwierdzać, ale on naprawdę będzie miał koncert w szkole muzycznej. Nie wiem, po ile są bilety, ale chyba powinnaś iść i mu powiedzieć o chłopcach. Płaciłby dosyć spore alimenty, a oni nie byliby wyśmiewani przez kolegów - mruknęła Jess. Elise spojrzała się na nią i zaczęła się śmiać
- Albo właśnie jeszcze bardziej by ich wyśmiewali. W końcu matka może się puściła ze znanym gwiazdorem? A od niego nie chcę żadnych pieniędzy. Wystarczy mi z nim kontaktu na całe życie - warknęła po koniec wściekle. 

***

    Myśłała cały czas o tym, co jej powiedziała przyjaciółka. Będzie grał koncert w szkole ich synów, o których nawet nie wiedział. Z wielu względów chciała, aby jej dzieci poszły na to wydarzenie. W końcu nie każdy może się pochwalić, że słuchał Gabriela Grahama na żywo. Jeśli odłożyłaby swoje wydatki na następny miesiąc, to może byłaby w stanie zapewnić dzieciakom rozrywkę. Żadne inne dziecko by się przy nich nie przechwalało, że było na czymś takim, bo jej synowie wyszliby na równych im. A te bogate, rozpieszczone dzieciaki...
- Auć! - syknęła, gdy zraniła się w palca nożem, którym akurat kroiła marchewkę na obiad. Włożyła rękę pod strumień bieżącej wody, a drugą wyjęła paczkę plastrów z szafki. Szybko opatrzyła ranę i odwróciła się, słysząc trzask drzwi. Chłopcy wbiegli od razu do kuchni zmachani. 
- Mamo, mamy duży problem... - powiedział Ryan, a kobieta zmarszczyła drzwi, patrząc się na swoich synów. 
- Widzieliśmy Nathana, który się kręcił między blokami i płakał... on się zgubił i go zaprosiliśmy... czy może do nas wejść? - kojarzyła to imię. Jego matka zawsze mocno dogryzała rudej kobiecie z powodu braku pieniędy. A Nathan śmiał się z jej synów w szkole. Ale była z nich w tym momencie bardzo dumna. Zachowali się tak jak ich wychowała. 
- Zaproście go. Nie będzie, przecież stał na klatce. Tam jest za zimno, a zaraz obiad będzie także gotowy - powiedziała i odsunęła się w głąb mieszkania, aby trzech chłopców zmieściło się w mikroskopijnym korytarzu. Nathan wszedł i rozejrzał się ze łzami w oczach, aż w końcu spojrzał na nią. 
- Dzień dobry, proszę pani - powiedział cicho, pociągając nosem. Rudej kobiecie serce od razu zmiękło, chociaż na początku była źle do niego nastawiona. Otworzyła jedną z szuflad komody w sypialni i podała chłopcu chusteczki. Przyjął je z cichym "dziękuję". 
    Takie popołudnia się nie spodziewała. Ale cóż... i temu będzie musiała teraz podołać.

3 października 2016

Rozdział 4


I don't care anymore
About you
About your smile
You chose another way
Another life
It's my fault
And I can't take care anymore
Anymore
Anymore!

     Nie wiedziała w co się wpakowała, póki nie przekroczyła progu ogromnego budynku. Już stamtąd widziała te wszystkie bogato wystrojone osoby, które biegały za swoimi gwiazdami. Przełknęła ślinę i spojrzała się w stronę recepcji. Podeszła do niej i poczekała, aż młody mężczyzna zwróci na nią swoją uwagę. Siedział i przeglądał jakieś papiery. Dopiero po chwili spojrzał się na nią znudzonym spojrzeniem niebieskich oczu. Zmierzył ją nim, jakby oceniał wiek, wygląd i najbardziej - ilość pieniędzy.
- Witamy w Camre's Entertaiment. W czym mogę pomóc? - zapytał się niby miło, ale w jego oczach tego nie zauważyła. Wygładziła automatycznie dół kremowej sukienki do kolan.
- Chciałabym się rozejrzeć i porozmawiać z panem Thomasem Camre - powiedziała, uśmiechając się delikatnie. Chciałaby być czasami taka odważna jak bohaterki niektórych filmów. Były idealne, tak jakby szara rzeczywistość ich nigdy nie dosięgnęła.
- Oczywiście... Proszę się więc udać na piąte piętro. Tam będzie czekał na panią asystent szefa, który panią do niego zaprowadzi - skinęła głową i ruszyła w kierunku wind. Przycisnęła jeden przycisk, na którym była strzałka w górę. Spojrzała się na swoje delikatne, niczym nieozdobione buty. Były proste, nierzucające się w oczy. Tanie. Nie pasowały do wystroju tego wnętrza. Tak jak jej sukienka. Może gdyby więcej zarabiała... Ale pieniądze i tak by wydała na swoje dzieci.
    Jak ona się w ogóle tutaj dostała? Pamiętała jak szef ją poprosił o te warsztaty, ale mimo wszystko czuła jakby znalazła się w końcu w dobrym miejscu. I to właśnie napawało ją coraz większymi obawami. Nie powinna tak się czuć w ekskluzywnym budynku, do którego przychodziły same gwiazdy, które było na wszystko stać. Ona tutaj nie pasowała. Była biedna, a oni takich ludzi nie tolerowali. Znała ich. Nawet gdyby któryś z nich, kiedyś był w podobnej sytuacji, teraz do tego by się nie przyznał. A innych, którzy już zostali w tej gorszej sytuacji, wyśmiałby i zaczął nimi pogardzać.
- I tak się wszystko zaczyna, Peter. Nie możemy dłużej czekać z tą trasą, bo ona i tak nas dopadnie... - powiedział za nią znajomy głos, przez który lekko się wzdrygnęła. W tym jednym momencie zaczęła się modlić o szybki przyjazd windy. Jednak, gdy ta tylko przyjechała, zauważyła, że nie wchodzi do niej sama. Stanęła w samym rogu i zasłoniła dyskretnie twarz włosami, ale na szczęście dwójka mężczyzn nie zwróciła na nią zbytniej uwagi. Jeden z nich był wysoki o miłej barwie głosu, którego można byłoby słuchać godzinami. To on przed chwilą się odezwał do niższego, dużo starszego Petera. Był siwy i miał na nosie grube okulary, ale nie wyglądał źle. Widać było już na pierwszy rzut oka, że był zadbany i pracował nad swoim wyglądem. Jednak ten pierwszy to dosyć rozpoznawalna postać. No tak... Menadżer i jego gwiazdeczka. Gabriel Graham.
    Tak, Gabriel Graham na pewno podobał się wielu kobietom. Wysoki z potarganymi, ciemnobrązowymi włosami i o hipnotyzującym niebieskim spojrzeniu. Lekki zarost dodawał mu tylko uroku niby eleganckiego mężczyzny, który lubił się czasami zabawić. Dopasowany garnitur, który miał na sobie, podkreślał jego idealną sylwetkę. Typowe szerokie ramiona i wąskie biodra. Przystojny, bogaty, umiejący śpiewać... Dla wielu to wystarczy. Jednak pewnie żadna nie wiedziała jaki był naprawdę.
- Gabriel, na razie musisz coś zrobić z nową piosenką. Trzeba nagrać teledysk i wybrać odpowiedniego grafika, który zrobi okładkę dla twojego nowego albumu. Doskonale wiesz, ile przy tym będzie pracy. I ja także zdaję sobie sprawę z tego, że chcesz czasami odpocząć.  Może znajdziesz sobie w końcu jakąś pannę? - ruda kobieta nie chciała ich podsłuchiwać, ale nie dało się w żaden sposób zagłuszyć ich rozmowy. Zaczęła więc patrzeć, jak poszczególne cyferki zmieniają się, ukazując odpowiedni numer piętra, na którym się w danej chwili znajdowali. Nawet wsłuchiwała się w tę denerwującą melodyjkę! Jednak po chwili znów przeniosła swój wzrok na buty.
     Rozsuwane drzwi okazały się dla niej zbawieniem. Jednak jak zwykle musiała się potknąć przez co, przez przypadek szturchnęła Gabriela Grahama. Mruknęła jakieś ciche przeprosiny i jak najszybciej opuściła windę. Wiedziała, że zachowuje się co najmniej dziecinnie, ale nie była w stanie dłużej przebywać w jego towarzystwie. Ba! Ona nie chciała w ogóle z nim przebywać w jednym pomieszczeniu! Wywoływał on za dużo wspomnień, które starała się od długiego czasu wyprzeć ze swojej pamięci. Nie chciała go pamiętać, nie po tym, co jej zrobił. Zniszczył wszystko.
- Pani Elizabeth Brownstone? - usłyszała głos kolejnego mężczyzny, który stał przy biurku i uśmiechał się do niej miło. Odpowiedziała mu tym samym, potakując lekko głową. - Proszę za mną, pan Camre już na panią czeka.
    Ruda kobieta ruszyła za dosyć niskim i pulchnym mężczyzną, który zaczął ją prowadzić  wzdłuż korytarza. Miała wrażanie, że cały czas dotyka ramieniem Gabriela Grahama. Jego dotyk na jej ciele zostawiał płonące ślady, które niełatwo chciały pójść w zapomnienie. Jednak wszystko, co łączyło się z nim, gasło, gdy przypominała sobie jego ostatnie słowa, które do niej skierował.
    Podniosła głowę wyżej, aby powstrzymać zły nastrój, który spowodowało spotkanie z tym jednym mężczyzną. Miała dosyć tego, że kiedy coś zaczynało jej się układać, musiała go spotykać. Kiedyś jej nie przeszkadzała jego obecność, ale to było przed tym, jak zaczął śpiewać. Potem się zmienił. Stop! Nie mogła o tym myśleć, będąc na rozmowie w obcym miejscu. Przyszła tutaj, aby załatwić warsztaty w swoim aktualnym miejscu pracy, a nie wspominać czasy liceum.
- Witam, pani Brownstone - powiedział patykowaty mężczyzna, który stanął przed nią w dżinsach i dopasowanej, sportowej marynarce. Pod spodem miał zwykłą szarą koszulkę z jakimś ciemniejszym nadrukiem. Wyciągnął w jej kierunku dłoń, którą uścisnęła. - Jestem Thomas Camre. Słyszałem, że pani została przysłana tutaj przez mojego starego znajomego. Proszę usiąść... Kawy?
- Chętnie, dziękuję - odpowiedziała, zajmując miejsce naprzeciwko mahoniowego, dużego biurka, przy którym zajął miejsc pan Camre. Odsunął jakieś papiery na bok i spojrzał się na nią zaciekawiony. Ciemne kosmyki opadały mu łobuzersko na czoło, jakby próbowały ukryć jego lekkie, rozbawione spojrzenie zielonych oczu.
- Więc słucham, pani Brownstone - przekrzywił lekko głowę, opierając brodę na splecionych dłoniach. Przełknęła ślinę i również, nieustępliwie zaczęła mu się wpatrywać w oczy.
- Nasz wspólny znajomy, pan Derek Swan, chciałby, aby w jego sklepie zostały przeprowadzone warsztaty muzyczne. Miał nadzieję, że niektórzy artyści, którzy z panem współpracują, chcieliby je przeprowadzić - powiedziała, przy okazji zakładając nogę na nogę, co zwróciło uwagę mężczyzny. Jednak po chwili swój wzrok przeniósł z powrotem na twarz Elizabeth. Pokiwał powoli głową, nie odwracając od niej spojrzenia.
- Zobaczę, co da się zrobić... Czy my się już kiedyś nie spotkaliśmy? - zapytał się, a ona roześmiała wesoło. Ona nigdy nie spotykała tych bogatych, nie licząc rodziców innych dzieci w szkole muzycznej. Jednak żadne z nich nie podchodziło, aby z nią porozmawiać. Taka hołota im niepotrzebna w życiu.
- Nie, na pewno nie  - odpowiedziała, biorąc łyk aromatycznej kawy, która została przed chwilą przyniesiona przez jakąś kobietę. Po chwili zaczęli rozmawiać o szczegółach współpracy.
    Jednak inna osoba w budynku intensywnie zastanawiała się, kim była kobieta w windzie. Gabriel patrzył się nieprzytomnym wzrokiem przez okno, jakby próbując z niego wyczytać potrzebną mu odpowiedź. Była do niej podobna, ale to nie mogłaby być ona.  Nienawidziła muzyki, po tym, co jej zrobił i w sumie się temu nie dziwił. Nie wiedział, co by zrobił, gdyby mógł z nią porozmawiać. Jak miałby przeprosić? Czy by mu wybaczyła? Świat należał do odważnych, ale on bał się odrzucenia. Dlatego nigdy sam nie zaczął jej szukać. Jedynie robił to tylko wzrokiem na swoich koncertach, jakby mając nadzieję, że ona i tak przyszła. Tylko dla niego. Tak jak to robiła wcześniej za każdym razem.

29 sierpnia 2016

Rozdział 3


You were my stranger
In our life!
You were my lover
In my bed!
I won't never forget you
I promise...

     Sobota. To powinien być dzień spokojny i mniej pracowity niż reszta tygodnia. Jednak nie dla Elise Brownstone. Nie dość, że miała tego dnia pracę to jeszcze później miała iść do kosmetyczki i fryzjera. Westchnęła cicho, przecierając twarz dłońmi. Siedziała na wysokim krześle w sklepie, w którym już od kilku dni pracowała. Niedługo miała dostać swoją pierwszą wypłatę w tym miejscu. Przynajmniej będzie mogła jakoś znowu rozplanować swoje finanse.
- Elise, chciałbym tu zorganizować małe zajęcia, ale nie wiem, czy to się wszystko uda - powiedział Derek, przeczesując palcami swoje włosy. Spojrzała się na niego, unosząc do góry jedną brew. Ich stosunki były bardzo dobre i chyba nigdy nie miała tak dobrego kontaktu ze swoim szefem.
- A na czym miałyby polegać? - zapytała się, odkładając wszystkie notatki do odpowiednich szuflad.
- Właśnie z tym do ciebie przychodzę. Będzie trzeba napisać program, bo chciałbym tutaj zrobić krótkie wykłady na temat początków kariery muzycznej, a pojawiła się dobra ku temu okazja. Do naszego miasta przyjeżdża kilku młodych artystów, więc chciałbym to wykorzystać. A mój brat zajmuje się ich przyjmowaniem i organizacją ich koncertów. Tylko będzie trzeba pojechać w odpowiednie miejsce i porozmawiać z odpowiednimi ludźmi - westchnął tutaj cicho. Spojrzał się na nią z wypisaną prośbą na twarzy. - Jesteś kobietą, a tam będą sami faceci. Czy mogłabyś pojechać tam i z nimi porozmawiać? Dostałabyś dodatkowe wynagrodzenie za takie zadanie.
- No dobrze, tylko powiedz mi kiedy mam tam jechać - czego nie robi się dla dzieci? Każde dodatkowe pieniądze są dla niej zbawianiem i grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji. Może nawet spotka parę sławnych osób?
- Mogłabyś jechać od rana w poniedziałek? W godzinach pracy, oczywiście, bo później nie będziesz mogła, prawda? - pokiwała głową, a on uśmiechnął się do niej ciepło. - Wyślę ci adres wiadomością i przelałem ci wypłatę na konto, które mi wcześniej podałaś.
- Dzięki, Derek - powiedziała i spojrzała się na zegarek. Wzięła swoją torbę z małego zaplecza i podała mu dłoń. Uścisnął ją z jeszcze szerszym uśmiechem. - Do zobaczenia.
- Do widzenia, Elise. Uśmiechnij się trochę! - zawołał jeszcze za nią, przez co się zaśmiała cicho. Ruszyła w stronę fryzjera, do którego miała się udać po zakończeniu pracy. Powinna tam dojść w ciągu półgodziny, ale jak się pośpieszy to może dostanie się tam po dwudziestu minutach.
    Weszła do luksusowego salonu fryzjerskiego i podeszła do recepcji. Blondynka o prostych włosach spojrzała się na nią przenikliwym spojrzeniem, po czym się delikatnie uśmiechnęła.
- Słucham, proszę pani?
- Byłam umówiona do fryzjera, Elise Brownstone - dziewczyna wpisała jej nazwisko do komputera. Pokiwała powoli głową i wskazała ręką na kanapę.
- Wszystko jest opłacone wraz z kosmetyczką. Proszę usiąść i zaraz pani zostanie poproszona do któregoś z pokoi - usłyszała i wykonała polecenie. Spojrzała się na swoje odbicie w lustrze i westchnęła cicho. Rude włosy przypominały szopę, ciemne worki pod oczami i zmęczone spojrzenie. Piegi niby dodawały jej uroku, ale nie znosiła ich odkąd tylko pamiętała.
    Przydałoby jej się nowe ubranie. Nie pamiętała momentu, kiedy ostatni raz sobie coś kupiła. Wszystkie oszczędności wydawała na swoje dzieci, nie patrząc na siebie. Chłopcy zawsze byli najważniejsi, a jej wygody już dawno zeszły na drugi plan. Zerknęła kątem oka na nierówne, rozdwojone na końcówkach paznokcie. Naprawdę przyda się jej ta wizyta u kosmetyczki. Przynajmniej przez chwilę z powrotem będzie mogła się poczuć zadbana.
- Dziękuję, panno Natalie i do widzenia - powiedziała niziutka fryzjerka, wychodząc razem ze znienawidzoną byłą przełożoną Elisy z pomieszczenia numer trzy. Miała irokeza na głowie we wszystkich kolorach tęczy.
- Do widzenia, pani Grande - blondynka rzuciła Elise pełne wyższości spojrzenie i wyszła, stukając wysokimi obcasami. Ruda wstała i uścisnęła wyciągniętą w jej stronę dłoń.
- Witam, zapraszam do środka, pani Brownstone - powiedziała i wpuściła dziewczynę do środka. Pokazała jej fotel, na którym miała usiąść. Pomieszczenie było bardzo czyste i zadbane. Wszędzie były beżowe i brązowe płytki, a na ścianie naprzeciwko wisiało ogromne lustro. -Więc tak. Nazywam się Victoria Grande i mam rozkaz zrobić z pani tę samą dziewczynę, którą pani kiedyś była, czyli piękną i uśmiechniętą.
    Zaczęła tłumaczyć Elise, co zrobi z jej włosami i co zamierza z kosmetyczką, aby przywrócić ją do takiego stanu w jakim była wymagana przez pannę Jessicę. Nie wierzyła, że jej przyjaciółka tyle na nią wydała. Salon na pewno nie był tani i to można było stwierdzić od razu po wejściu. Jednak nie znaczy to, że była na Jess w jakimś sensie zła, bo była swojej przyjaciółce naprawdę wdzięczna. Chyba potrzebowała takiej chwili relaksu z dala od rutyny, w jaką popadła.
- Dziękuję i do widzenia! - powiedziała zadowolona z efektu. Znów czuła się atrakcyjna. Rude włosy opanowane i ułożone w delikatne fale do końca łopatek bez rozdwojonych końcówek. Delikatny makijaż na oczyszczonej przez maseczkę twarzy, zrobione manicure i pedicure. Będzie mogła się bez żadnego wstydu pojawić w poniedziałek na rozmowie o warsztaty. Przynajmniej będzie miała jakiś autorytet i nie potraktują jej jako bezdomnej, która szuka kąta do spania.
    Szła ulicą z wysoko uniesioną głową, wiedząc że teraz nikt nie będzie się na nią patrzył współczującym spojrzeniem. Dzięki swojej przyjaciółce znowu poczuła się jak kobieta, po prostu.
- Mamo! Ładnie wyglądasz! - krzyknął Ryan, wtulając się w jej nogi. Zaśmiała się cicho i poczochrała mu włosy.
- Dziękuję - odpowiedziała i weszła w głąb swojego mieszkania, kierując się w stronę głosów. Spojrzała się z szerokim uśmiechem na Thomasa i Jessicę. Blondynka podniosła na nią spojrzenie i pokiwała z uznaniem głową.
- No... dawno cię takiej nie widziałam, przynajmniej nie na żywo, tylko na zdjęciach - wstała z kolan i je otrzepała. - Cieszę się, że to wszystko się udało. Nie będę miała na sumieniu śmierci z powodu zniszczonych włosów.
- Dzięki - mruknęła Elise, przytulając się do swojej przyjaciółki. - Jak ja ci się za to odwdzięczę?
- Robisz to cały czas - zaśmiała się blondynka, wyplątując się z uścisku rudej. - Ja będę leciała, ale jakoś wpadnę do ciebie niedługo... albo ty do mnie.
- Wiesz, że nie mogę się wyrwać z domu, prawda? - zaczęła udawać smutną, a po chwili usłyszała dosyć charakterystyczny śmiech Jessici. - Hej.
- Do zobaczenia!
- Cześć, ciocia! - zawołali chłopcy chórkiem i powrócili do wcześniejszej zabawy.
- Chłopcy - zaczęła, wszystko w swojej głowie kalkulując. Nie mogła pozwolić na to, aby czegoś zabrakło w tym miesiącu. - Idziemy na pizzę?
   Odpowiedź była aż zbyt oczywista. Jak mogliby się nie zgodzić na to, aby iść na pizzę? Musiała ich raz na jakiś czas gdzieś zabierać, aby nie czuli się jak w klatce. Mieli i tak już ciężko w szkole, o czym doskonale wiedziała. Jednak odziedziczyli talent muzyczny i trzeba było go rozwijać, zwłaszcza, że i oni tego chcieli.
   Do obrazka szczęśliwej rodziny brakowało tylko jednej osoby, ale na to już nic nie mogła poradzić. Bo czy on ją w ogóle zna? Ostatnio jak z nim rozmawiała, powiedział, że nie. Jednak uczucie nie potrafiło odejść w zapomniane, ale skutecznie przelewała je na swoje dzieci. Tak jak w tej chwili, łapała chłopców ze ręce albo czochrała ich po głowach. Czy orientowali się, że w takich chwilach myśli o ich ojcu? Nie.

18 sierpnia 2016

Zwiastun


A oto zwiastun, który został wykonany przez Honey z Doliny Zwiastunów :)

Rozdział 2

 

One tear on your chick,
One drop on  your glass,
One soul in your arms...
You cought me,
You killed me
When I saw tears in your eyes. 

    Uśmiechnęła się do kolejnego klienta, który właśnie wszedł do sklepu. Wiedziała, że jeśli w jakimś miejscu jest przyjemna obsługa, to ludzie do niego wracają, a to znaczyło dla niej dużą szansę na podwyżkę. Na razie zarabiała mniej niż w poprzedniej pracy i musiała jeszcze bardziej oszczędzać, lecz starczało na wszystko, co trzeba. Zdawała sobie również sprawę z tego, że dzieciaki też będą chciały pojechać na wycieczkę. Dlatego musiała zrobić wszystko, aby nie zostały jako jedyne w szkole.
- Witam, czy jest najnowsza płyta Gabriela Grahama pod tytułem... I wanna know? - zapytała się jej drobna szatynka o oliwkowej cerze. Uśmiechnęła się wesoło do Elisy, która odpowiedziała jej tym samym.
- Oczywiście, że jest. Proszę za mną - powiedziała i ruszyła w stronę odpowiedniego regału. Sięgnęła po czerwone opakowanie z białymi napisami. Już je wcześniej widziała, ale nawet do niego nie podchodziła. Podała płytę dziewczynie, której uśmiech jeszcze bardziej się powiększył.
- Dziękuję... Słuchała go pani? Naprawdę nie dziwię się, że zrobił taką karierę! Jego głos jest tak dojrzały chociaż jest niewiele ode mnie starszy, a jego piosenki... Uwielbiam je! - powiedziała podekscytowana, patrząc na spis piosenek z tyłu opakowania.
- Słuchałam kilku piosenek i rozumiem pani zachwyt - odpowiedziała z uśmiechem, po czym ruszyła w stronę blatu, na którym stała kasa fiskalna. Usiadła na wysokim stołku i odłożyła wszystkie papiery na miejsce.
    Spojrzała na dziewczynę, której przed chwilą podawała płytę. Oglądała jeszcze inne egzemplarze rockowych artystów. Elise dawno nie widziała płyt Gabriela Grahama, a jak się okazało wydał nową. Nie śledziła specjalnie jego kariery, nie interesowało jej to, co robi w wolnym czasie albo w którym miejscu będzie miał koncert. I tak nie było jej stać na bilety, więc po co miała sama sobie sprawiać przykrość? Lepiej było, jak nic jej nie kusiło. Może praca w sklepie muzycznym to nie był za dobry pomysł? Kochała od zawsze muzykę i kiedyś miała pokaźną kolekcję płyt swoich ulubionych artystów.
- Poproszę te dwie płyty i tę kostkę do gry - powiedziała szatynka kładąc wszystkie rzeczy na blacie. Elise wzięła je do ręki i zaczęła wbijać odpowiednie kody na kasę. Podała cenę, a dziewczyna zapłaciła odpowiednią kwotę. - Dziękuję i do widzenia!
- Do widzenia - odpowiedziała Elise i wyjęła odpowiedni zeszyt, w którym zapisała sprzedane rzeczy. Pod koniec dnia będzie musiała wszystko podliczyć i oddać zeszyt pod koniec miesiąca.
   Podparła głowę i spojrzała się smutno na zegarek. Jeszcze pół godziny będzie pracować, po czym pójdzie po dzieciaki do szkoły. Wróci z nimi do domu, zrobi obiad, pomoże odrobić lekcje... Policzy wszystkie rachunki i odłoży na nie pieniądze, po czym trochę posprząta, zrobi kolację i położy dzieciaki do łóżka. Może wieczorem wpadnie do niej Jessica, więc będzie po drodze do szkoły musiała coś kupić słodkiego. Rutyna w jaką wpadła była dla niej straszna. Nie znosiła takich sytuacji, ale nie miał innego wyjścia niż zacisnąć zęby i żyć dalej. 

~*~*~*~

     Ryan spojrzał się zmartwionym wzrokiem na zegarek. Zaraz skończy się kolejny dzień w szkole i znowu zobaczy mamę. Widział razem z Thomasem, jak ich mama była bardzo zmęczona. Gdyby mieli tatę, to pewnie wszytko byłoby inaczej.
- Ej, sieroto, słuchaj trochę - syknął za nim chłopak i dźgnął go boleśnie między łopatki. Zamrugał szybko, aby przegonić niechciane łzy. Wiedział, że nie może zareagować, aby nie mieć kłopotów, bo wtedy zawiedzie swoją mamę i będzie smutna. - Zobacz, jest taki biedny, że nawet nie stać go na całe buty!
     Warga Ryana zadrżała niebezpiecznie, ale dostał kuksańca w bok od swojego brata bliźniaka, który rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie. Thomas wiedział, że chłopaki zwłaszcza uwzięli się na jego młodszego o dwie minuty brata, bo dawał się łatwo zaszczuć. Nie potrafił się bronić, co ich jeszcze bardziej zachęcało do głupich żartów i wymyślania wyzwisk. 

~*~*~*~

      Otworzyła drzwi i spojrzała się na uśmiechnięta Jessicę. Ta wpadła do jej mieszkania, aby tylko nie witać się w progu.
- Cześć! Nawet nie wiesz, jakie są teraz korki na mieście! - powiedziała i uścisnęła dziewczynę. Podała jej torbę, w której znajdowały się jakieś ciasta, po które Jess musiała wstąpić po drodze do swojej przyjaciółki. - Poznałam fajnego faceta.
- Opowiadaj - zaśmiała się Elise, wchodząc do kuchni. Położyła ciasto na dużym talerzu i wzięła dwa małe, wynosząc je do swojego biura, salonu i sypialni w jednym. Jessica już siedziała na łóżku, uśmiechając się szeroko. Swoje blond włosy związała w kucyk, który wręcz idealnie pasował do jej stroju. Zielona sukienka przez kolano i skórzana kurtka. Delikatny makijaż nadał jej wyglądu grzecznej dziewczynki, którą w rzeczywistości była tylko w połowie, bo jej energia była nieposkromiona.
- Pracuje w tej redakcji, z której cię wyrzucono. Wiesz, że nawet ciebie kojarzył? Powiedział też, że ta cała wredna Natalie nie daje sobie rady, bo nie ma kto za nią zrobić jej zadań! Ale nieważne... Ma na imię Jacob i chodzi na tę samą siłownie, co ja! Tam się poznaliśmy - powiedziała, śmiejąc się co jakiś czas. Elise uśmiechnęła się szczęśliwa, bo ta pozytywna energia także jej się udzieliła.- Ale opowiadaj co u ciebie, bo nadal nie wiem, gdzie ty znalazłaś też pracę, o której ostatnio wspominałaś!
- Zaczęłam pracę jako ekspedientka w sklepie muzycznym. Właściciel jest miły, chociaż sprawia wrażenie bardzo... zamkniętego w sobie i warczącego na wszystkich? Pensja wystarcza na rachunki i udaje mi się wiązać koniec z końcem, więc nie jest źle - odpowiedziała, poprawiając swoje rude włosy, które opadały jej na twarz.
- A pamiętasz jeszcze, że masz jutro urodziny? - blondynka uniosła jedną brew, skanując ryżą swoim przeszywającym spojrzeniem. Ta pokiwała głową spokojnie, bo doskonale o tym pamiętała. Wbrew wszystkim pozorom, chyba człowiek w takim dołku nie jest w stanie zapomnieć o dacie swoich urodzin. - To dobrze. Ty idziesz do kosmetyczki i fryzjera, a ja lecę z twoimi dzieciakami na zajęcia teatralne, które są organizowane w ramach otwarcia nowego teatru.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł. Doskonale wiesz, że mnie nie stać teraz na żadne przyjemności, a ty pewnie też jutro chcesz inaczej spędzić czas niż z moimi dziećmi - parsknęła w odpowiedzi ruda, przygryzając wargę. Nie lubiła prezentów, bo doskonale wiedziała, że nie może się później dobrze odwdzięczyć. 
- Ja za wszystko płacę i naprawdę, wytrzymam jeden dzień z tymi twoimi diabłami - Jessica puściła oczko do swojej przyjaciółki i wzięła kawałek ciasta. To, że chodzi na siłownię, to nie znaczy, że musi unikać słodkości. Bez nich by nie przeżyła.
- To nie są diabły, są grzeczni - zaśmiała się Elise, odkładając pusty talerzyk na blat biurka. Blondynka pokiwała głową i rozejrzała się wokół siebie. Wskazała małym widelczykiem na telefon komórkowy, który leżał obok niej na łóżku.
- Powinnaś iść do sądu po alimenty od ich ojca. Wiem, że się starasz, ale niech chociaż trochę ci pomoże! - warknęła zbulwersowana, przeżuwając powoli kęs sernika.
- Nic od niego nie chcę. Po tym, co mi powiedział, jak go ostatni raz widziałam... Nie chcę od niego nic, a on nic mi nie da. Nawet nie zasłużył na to, aby poznać swoje dzieci, a naprawdę nie utrzymywałabym tego w tajemnicy - powiedziała cicho, patrząc się smutno na swoją przyjaciółkę.
- Skoro tak mówisz... Musiał naprawdę zajść ci za skórę, ale przynajmniej mi powinnaś powiedzieć jego imię i nazwisko! W końcu, jesteśmy jak siostry - poruszyła zabawnie brwiami, wiedząc jaką zaraz otrzyma odpowiedź.
- Zachowam jego imię dla siebie, już ci o tym mówiłam - chciała zachować to tylko dla siebie aż do grobowej deski. Jednak wiedziała, że będzie musiała kiedyś powiedzieć o tym chłopcom. Tylko oni się dowiedzą i zrobią z tą informacją, co tylko będą chcieli. Teraz nie może się nikt o tym dowiedzieć. To nadal zbyt boli, po tym, co jej zrobił.

3 czerwca 2016

Rozdział 1

https://em.wattpad.com/4ac1b865ebf593781bf66a169fc3633b6f6e1c34/68747470733a2f2f342e62702e626c6f6773706f742e636f6d2f2d5543716e4c7650327936632f5630494757764f377555492f4141414141414141416c632f744f7236356f32333275386f7755615a617130582d6179624c3554456b4f575567434c63422f733332302f4761627269656c25324247726168616d2532422d25324254696d65253242546f253242466f726765742e706e67?s=fit&h=360&w=720&q=80 

It's time to forget!
I really wanna forget
How you hurt me
When you left me!
It's time to forget!
It's time to leave...

     Od dwóch tygodni szukała jakiejkolwiek pracy, ale nikt nie chciał jej przyjąć, gdy tylko dowiadywano się, że jest samotną matką z bliźniakami. Od razu była na straconej pozycji przy osobach, które dysponowały całym swoim czasem dla pracy. Pracodawcy ich woleli i wcale się temu nie dziwiła, jednak świadomość, że fundusze dla całej rodziny coraz bardziej maleją, przerażała ją. Czuła się tak, jakby ktoś sobie z niej robił dobry kawał, a ona nie mogła znaleźć winowajcy. Od ośmiu lat ciąży na niej pech, którego nie potrafi się sama pozbyć, a nie widzi żadnych ochotników, którzy byliby gotowi jej pomóc.
    Jedynie jej przyjaciółka, Jess, próbuje pomóc w jak największym stopniu samotnej matce. Jednak nie załatwi jej nowej pracy i dobrego ojca dla dwóch synów.
- Mamo, jestem najlepszy w klasie! - zawołał jeden z jej synów, gdy tylko wyszła im na spotkanie przed szkołą. Widziała krytyczne spojrzenia, które były rzucane w jej kierunku, ale ze wszystkich sił starała się je ignorować. Kiedy posyłała dzieci do szkoły o profilu bardziej muzycznym niż ogólnokształcącym, wiedziała na co się decyduje. Tutaj była elita i nikt taki jak ona nie powinien mieć wstępu. W końcu to ona była tego gorszego sortu i nie stać jej na miesięczne wakacje za granicą.
- Naprawdę? - zapytała się z uśmiechem, poprawiając Thomasowi czapkę. Szybko rozejrzała się za Ryanem, którego dopiero po chwili zauważyła. Szedł z tyłu ze smutną miną, jakby miał się za chwilę rozpłakać. - Coś się stało?
- Nie, mamo... - odpowiedział smutno i złapał wyciągniętą dłoń rudej kobiety. Westchnęła cicho i zaczęła wracać z dwójką synów w tę gorszą część miasta, gdzie bez gazu pieprzowego nie należało wychodzić po osiemnastej.
     Nigdy nie chciała mieszkać na takiej obskurnej dzielnicy. Dobrze się uczyła i wszystko zapowiadało jej świetlaną przyszłość. Chciała iść na medycynę, ale wszystko zawaliło się w jednym momencie. Ciąża, z którą bez problemu by sobie poradziła, gdyby miała wsparcie rodziców. Jednak mieli wypadek w dniu, w którym dowiedziała się, że nosi pod sercem dziecko, a jak później się okazało - nawet bliźniaki. Musiała zrezygnować z dobrych studiów na rzecz wychowania dzieci i robienia szybkich kursów, które pomagały jej w szukaniu pracy. Jednak od tamtego czasu nie miała szczęścia. A zaczęło się to wszystko osiem lat temu, gdy miała siedemnaście wiosen za sobą.
- Idźcie umyć ręce, a ja przygotuję obiad - powiedziała, wchodząc do mieszkania. Spojrzała się na szare ściany i drewniane, stare meble, których też dużo tu nie było. Tyle, aby można zaspokoić podstawowe funkcje. Inaczej urządziłaby to mieszkanie albo chociaż zrobiłaby remont, gdyby tylko miała pieniądze.
    Weszła do kuchni i odpaliła kuchenkę gazową, aby podgrzać spaghetti. Chciała, aby dzieci się najadły, jednak nie mogła za dużo wydawać. Postawiła poszczerbione talerze na małym, chybotliwym stoliku i nałożyła obiad. Przyciągnęła pufę ze swojej sypialni, która także pełniła rolę biura. Obok była klaustrofobicznej wielkości łazienka i pokój chłopców, który został przerobiony z saloniku.
- Spaghetti! - zawołał Thomas, szybko siadając na krześle. Kasztanowe loki opadały mu na czoło, podobnie jak Ryanowi. Tylko że u drugiego chłopca jakby straciły cały swój blask przez jego nastrój.
- Co dzisiaj było w szkole? - zapytała się, patrząc na obu chłopców. Thomas wciągnął kluskę z głośnym mlaśnięciem i pierwszy się odezwał.
- Dostałem główną rolę w przedstawieniu, a Ryan będzie śpiewał! Ja nie chciałem śpiewać, bo inaczej to Ryan by musiał grać, a on tego nie lubi - powiedział szybko i dalej zaczął pałaszować obiad.
- Z jakiej okazji przedstawienie? - zadała pytanie, a jak usłyszała odpowiedź, to miała ochotę je cofnąć.
-  Z okazji Dnia Ojca - mruknął Ryan, grzebiąc smętnie widelcem. - Pani powiedziała, że mam zaśpiewać dla swojego taty, który będzie na widowni. Wtedy Peter i Ian zaczęli się z nas śmiać... Powiedzieli, że jesteśmy sierotami.
    Kobieta przytuliła do siebie syna, który zaczął cicho szlochać. Spodziewała się takiej sytuacji, ale nie wiedziała, jak ma się na nią przygotować, ale chyba nie dało się czegoś takiego zrobić.

~*~*~*~

     Kolejny dzień i kolejny brak efektów. Cały czas szukała jakiejś pracy, która pozwoliłaby jej utrzymać rodzinę. Jednak kto chciałby ją zatrudnić? Właśnie nikt, a pieniędzy z każdym dniem było coraz mniej.
     Przechodziła przez miasto w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji o zatrudnieniu. Mijała ogłoszenia, które z góry odrzucała, bo nie mogła zatrudnić opiekunki, a dzieci potrzebowały opieki w godzinach popołudniowych. Ludzie od zawsze powtarzają, że pieniądze to nie wszystko, ale bez nich też nie można żyć. A życie udowadniało jej to na każdym kroku.
    Z radością zobaczyła kolejne ogłoszenie, które informowało o tym, że sklep muzyczny poszukuje ekspedientki. Szybko otworzyła drzwi, wchodząc do środka, a towarzyszył temu dźwięk dzwoneczka. Rozejrzała się po pomieszczeniu, którego ściany zostały zastawione regałami ze starymi winylami i nowszymi płytami CD. Na środku stało stoisko z gitarami, a na biurku, które służyło jako lada można było zauważyć pałeczki i kostki. Gdzieniegdzie na półkach właściciel albo pracownik rozłożył różne gadżety znanych zespołów. Uśmiechnęła się, widząc to. Uwielbiała muzykę, chociaż nie umiała śpiewać, jednak ojciec nauczył ją grać na fortepianie.
- Witam panią, coś podać? - zapytał się mężczyzna po czterdziestce z długą brązową brodą, ciemnymi okularami i bandamką podtrzymującą równie długie włosy. Miał na sobie skórzaną kurtkę i wysokie glany, ciemne spodnie i czarną koszulkę z logo jakiegoś zespołu, którego nie kojarzyła.
- Ja przyszłam tutaj w sprawie pracy - powiedziała pewnie, uśmiechając się do niego szeroko. Zmierzył ją uważnie spojrzeniem, jakby oceniając czy się nada. Przygryzła dolną wargę, poprawiając szybko okulary korekcyjne, które spadały jej co chwilę z nosa.
- Zna się pani chociaż trochę na muzyce? Jak bardzo pani zależy na tej pracy? - zadał dwa podstawowe pytanie, których mogła się spodziewać w takim miejscu. Wzięła głęboki wdech, dodając sobie odwagi w duchu.
- Znam większość starych rockowych zespołów, współczesną muzykę też kojarzę. Szybko się uczę, więc raczej nie będzie z niczym problemu i bardzo mi zależy na tej pracy - podkreśliła dwa ostatnie słowa, a mężczyzna mruknął cicho. Miała nadzieję, że ją tutaj przyjmie. Może wtedy uda się jej jakoś dojść do ładu ze wszystkimi rachunkami. Będzie też mogła siebie dokształcić muzycznie i pomóc trochę inaczej swoim dzieciom. Przynajmniej będzie lepiej wiedziała o czym z nimi rozmawia.
- Od kiedy będzie mogła pani zacząć pracować?
- Nawet od zaraz, ale nie będę mogła pracować po siedemnastej - powiedziała, zaznaczając od razu swoje godziny pracy. Mężczyzna kiwnął głową.
- Dobrze, będzie pani pracować od dziewiątej do szesnastej, ja będę przychodził na druga zmianę. Niech pani przyjdzie jutro o dziesiątej, to uzgodnimy wynagrodzenie i wszystko inne, dobrze? Jestem Derek Swan - powiedział i wyciągnął w jej kierunku rękę. Z uśmiechem ją uścisnęła.
- Elizabeth Brownstone - odpowiedziała. Miała nadzieję, że tak szybko jej stąd nie zwolnią przez ponowną niechęć. Jedna miała dziwne wrażenie, że ten mężczyzna nie będzie jej oceniał przez to, że jest samotną matką. Człowiek nie jest bytem doskonałym.

28 maja 2016

Prolog


 I wanna...
I wanna...
I wanna know...
Where are you now?
I wanna know...
Are you fine?
I wanna know...
Do you remember me? 

      Usiadła sztywno na czerwonym fotelu, który wskazał jej szef. Patrzyła się na niego z lekkim niepokojem, bo w sumie każdy wiedział jak się kończą u niego wizyty. Z tego powodu modliła się w duchu, aby powiedział, że ma dla niej jakieś dodatkowe zadanie.
- Dowiedziałem się od Natalie, że nie wykonujesz swoich zadań tak jak powinnaś - powiedział donośnie i usiadł naprzeciw niej. Potarł swoje skronie, zastanawiając się jak jej to powiedzieć. Lubił tę dziewczynę, ale wszystko było przeciwko niej. Zmrużył swoje brązowe oczy, patrząc na wystraszoną Elise. - Nie mam innego wyjścia i muszę cię zwolnić. Jednak proszę cię, napisz sama podanie o zwolnienie, żebyś szybko znalazła następną pracę.
- Ale szefie... Ja mam dwóch synów, kto będzie chciał mnie zatrudnić? A wszystkie zadania, które zlecała mi Natalie wykonywałam bezbłędnie i ona doskonale o tym wie! - powiedziała szybko, próbując chronić swoje dobre imię. Lubiła tę pracę i nie chciała jej stracić z powodu niechęci innych osób. Doskonale wiedziała, że przełożona nie znosi jej za to, że daje sobie jakoś radę z dwójką dzieci i innymi obowiązkami.
- Elise, nie utrudniaj tego. Masz tutaj papier i długopis. Napisz szybko rezygnację i będzie po sprawie. Na pewno szybko znajdziesz kolejną pracę. Rozumiem, że jest ci ciężko po tym jak Damon od was odszedł, ale pamiętaj, aby nigdy nie przenosić życia prywatnego do pracy - upomniał ją, podając wcześniej wspomniane rzeczy. Złapała drżącą ręką długopis i zaczęła pisać.

~*~*~*~

     Spakowała swoje rzeczy do kartonowego pudła, które dał jej szef wraz z ostatnią wypłatą. Były to marne grosze, ale powinny wystarczyć do chwili, aż znajdzie kolejną pracę. Czuła teraz na sobie drwiące spojrzenie swojej byłej przełożonej. Blondynka stała za nią i uśmiechała się triumfująco w stronę rudej kobiety. Elisa odwróciła się delikatnie, próbując nie okazać żadnych emocji.
- Co chcesz, Natalie?
- Nic, Elise - dla większego efektu przeciągnęła imię zwolnionej. - Wielka szkoda, że odchodzisz, ale od zawsze było wiadomo, że twoje miejsce jest pod latarnią, a nie w tak wielkiej redakcji, dziwko.
- Nie jestem tobą... - powiedziała cicho, ale niepewnie, co rozśmieszyło blondynkę.
- No właśnie. Ja nigdy nie próbowałam zatrzymać klienta dzieckiem. Jesteś niczym i większość osób życzy ci jak najgorzej, włącznie ze mną - powiedziała, podchodząc jeszcze bliżej rudzielca. Spojrzała się na nią krytycznie i z odrazą. - Zrób sobie coś z tą szopą na głowie i tymi zapuszczonymi szponami. Może wtedy znów cię przyjmą do burdelu, przybłędo.
- Myśl sobie, co tylko chcesz. Ja nigdy nie chciałam być taką oziębłą suką jaką ty jesteś - odpowiedziała z pełnym przekonaniem Elise i wzięła swoje rzeczy. Wyszła z biura, zarzucając swoimi rudymi włosami, które wręcz krzyczał o pomoc od fryzjera.